Czego szukamy w koniach?
Share
Po co nam właściwie koń?
Z ekonomicznego punktu widzenia posiadanie konia często jest kompletnie nieracjonalne. Oczywiście, jeśli mówimy o koniu, którego mamy dla siebie, a nie po to, żeby go przygotować i później sprzedać z zyskiem.
Płacimy za pensjonat, pasze, weterynarza, kowala, treningi, fizjoterapię, sprzęt i wiele innych. Marzniemy, mokniemy, sprzątamy, martwimy się, rezygnujemy z innych rzeczy i podporządkowujemy koniowi sporą część codziennego życia.
A w zamian dostajemy zwierzę, które nie ma żadnego obowiązku spełniać naszych oczekiwań. Może nie mieć ochoty na trening. Może zachorować dokładnie wtedy, kiedy najmniej nam to pasuje. I potrafi wygenerować rachunek weterynaryjny w naprawdę imponującym tempie.
A jednak zostajemy.
Ba, często im dłużej jesteśmy z końmi, tym więcej jesteśmy gotowi im poświęcić.
Ten paradoks zauważają również badacze. Darcy Bornemann zwraca uwagę, że koń jest droższy w utrzymaniu niż typowe zwierzę towarzyszące, wymaga dużych nakładów czasu, zwykle mieszka poza naszym domem i wiąże się także z pewnym ryzykiem. Mimo tego ludzie nadal chcą posiadać konie.
Więc czego właściwie szukamy w koniach?
A jednak zostajemy.
Być może nie jednej rzeczy
Darcy Bornemann próbowała odpowiedzieć właśnie na pytanie, dlaczego ludzie chcą mieć konie i dlaczego później przez lata z tego nie rezygnują.
W swoim badaniu przeprowadziła rozmowy z 21 mocno zaangażowanymi właścicielami koni ujeżdżeniowych. Badani różnili się wiekiem, doświadczeniem, ambicjami sportowymi i tym, czy zawodowo byli związani z końmi. Nie jest to więc badanie, na podstawie którego możemy powiedzieć: „wszyscy właściciele koni są tacy”. Pokazuje jednak bardzo ciekawe mechanizmy, które mogą stać za naszym przywiązaniem do końskiego świata.
Bornemann połączyła doświadczenia badanych między innymi z teorią samostanowienia. Nazwa brzmi poważnie, ale sama idea jest dość prosta.
Człowiek potrzebuje między innymi czuć, że ma wpływ na swoje życie, że coś potrafi i że tworzy ważne relacje z innymi.
Koń może dawać nam wszystkie te doświadczenia. Do tego dochodzi potrzeba opieki, osiągania celów, kontaktu ze zwierzęciem i poczucie więzi.
Być może więc odpowiedź na pytanie „po co nam koń?” jest tak trudna właśnie dlatego, że dla każdego z nas może być trochę inna.
„Chcę, żeby był mój”
Można przecież jeździć konno bez posiadania konia. Można chodzić do szkółki. Można dzierżawić. Można przez lata regularnie jeździć na tym samym zwierzęciu.
Dlaczego więc w pewnym momencie tak wiele osób zaczyna marzyć o własnym koniu?
W badaniu Bornemann jednym z ważnych powodów była autonomia, czyli możliwość podejmowania decyzji.
Własny koń oznacza: ja wybieram, gdzie stoi. Ja decyduję, jak wygląda jego codzienna opieka. Mogę zmienić żywienie. Wybrać weterynarza. Zdecydować, że dzisiaj nie będziemy trenować. Poszukać przyczyny problemu. Zmienić sprzęt, plan treningowy albo sposób utrzymania.
Co ciekawe, osoby dzierżawiące konie mogły czuć się z nimi bardzo silnie związane i traktować je niemal tak samo jak własne. Frustrację powodowało jednak to, że ostateczna decyzja nadal należała do kogoś innego.
Być może więc czasami nie szukamy wyłącznie kontaktu z koniem.
Szukamy również poczucia: „To ja za niego odpowiadam.”
Być może nie szukamy wyłącznie kontaktu z koniem.
Szukamy również poczucia: „To ja za niego odpowiadam”.
Ktoś, kim możemy się opiekować
W badaniu Bornemann bardzo wyraźnie pojawiła się jeszcze jedna rzecz: sama opieka nad koniem może być dla człowieka źródłem satysfakcji.
Nie chodzi wyłącznie o jazdę.
Karmienie. Czyszczenie. Organizowanie wizyty weterynarza. Dobieranie diety. Sprawdzanie, czy koń jest zdrowy. Podejmowanie dziesiątek małych decyzji.
Kiedy badani mieli poczucie, że dzięki ich działaniom koń jest zdrowy i ma się dobrze, dawało im to poczucie kompetencji, przyjemności, dobrostanu i wewnętrznego spokoju.
Być może część z nas potrzebuje po prostu być komuś potrzebna.
Bornemann zauważa nawet pewne podobieństwa między przeżywaniem opieki nad zwierzęciem a niektórymi aspektami opieki rodzicielskiej. Człowiek podejmuje decyzje za istotę, za którą odpowiada, obserwuje jej reakcje i czerpie satysfakcję z przekonania, że zapewnia jej dobre życie.
Nie oznacza to oczywiście, że koń jest dzieckiem. Nie mamy też podstaw, żeby twierdzić, że ludzie bez dzieci kupują konie po to, żeby je sobie zastąpić.
Jest jednak w tej relacji coś szczególnego.
Koń nie ma naturalnego etapu usamodzielnienia.
Dziecko dorasta. Coraz więcej decyzji podejmuje samo. W pewnym momencie wyprowadza się, tworzy własne życie i przestaje potrzebować rodzica w taki sposób, w jaki potrzebowało go wcześniej.
Koń pozostający pod naszą opieką nadal będzie zależny od naszych decyzji. Także wtedy, gdy będzie miał 10, 20 czy 30 lat. Ktoś nadal musi zadbać o jedzenie, leczenie, ruch i warunki, w których żyje.
Ta relacja może więc dawać bardzo silne poczucie bycia potrzebnym, odpowiedzialności i pewnej stałości.
Nie ma momentu, w którym koń mówi: „Dzięki, teraz już sobie poradzę”.
Warto jednak zadać sobie pytanie:
Czy opiekujemy się koniem tak, jak on tego potrzebuje, czy tak, jak my potrzebujemy się nim opiekować?
Czy opiekujemy się koniem tak, jak on tego potrzebuje,
czy tak, jak my potrzebujemy się nim opiekować?
„Potrafię”
Jest jeszcze jedna rzecz, którą koń może nam dawać: poczucie własnej skuteczności.
Pomyślmy o czymś, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się trudne.
Koń nie chciał wejść do przyczepy. Nie potrafiliśmy zrobić jakiegoś ćwiczenia. Baliśmy się zagalopować. Nie rozumieliśmy, dlaczego koń reaguje w określony sposób.
Pracujemy. Uczymy się. Popełniamy błędy.
I któregoś dnia okazuje się, że potrafimy.
W badaniu Bornemann poczucie kompetencji pojawiało się zarówno podczas opieki nad koniem, jak i podczas jazdy czy treningu. Ważny był sam proces rozwijania umiejętności, ale dla części osób także wynik, na przykład sukces sportowy.
Nie trzeba więc mówić o „leczeniu kompleksów”, żeby zauważyć tutaj ważny mechanizm.
Porozumienie się ze zwierzęciem ważącym kilkaset kilogramów, nauczenie go czegoś, pokonanie własnego strachu albo poradzenie sobie z problemem może wpływać na sposób, w jaki patrzymy na własne możliwości.
Kiedyś nie potrafiłam. Teraz potrafię. Kiedyś się bałam. Dzisiaj umiem sobie poradzić.
Koń może więc zmieniać nie tylko to, co potrafimy. Może również zmieniać sposób, w jaki myślimy o sobie.
Koń może zmieniać nie tylko to, co potrafimy.
Może również zmieniać sposób, w jaki myślimy o sobie.
Nie wystarczy, że koń nas zna
Tu robi się jeszcze ciekawiej.
Właściciele z badania szczególnie silnie przeżywali sytuacje, w których mieli wrażenie, że koń sam wybiera kontakt właśnie z nimi.
Koń podchodzi, kiedy widzi swojego człowieka. Odzywa się na jego widok. Szuka kontaktu, mimo że człowiek nie ma wiadra z jedzeniem.
Takie zachowania były dla badanych szczególnie ważne wtedy, gdy odbierali je jako dobrowolne i wyjątkowe. Jeśli człowiek podejrzewał, że koń robi dokładnie to samo wobec wszystkich, poczucie tej szczególnej więzi było słabsze.
To prowadzi do bardzo ciekawego pytania:
Czy chcemy po prostu lubić naszego konia, czy chcemy również czuć, że to właśnie nas wybrał?
Bo być może potrzebujemy nie tylko relacji.
Czasem chcemy także mieć poczucie, że dla tego konkretnego konia jesteśmy kimś szczególnym.
Czy chcemy po prostu lubić naszego konia,
czy chcemy również czuć, że to właśnie nas wybrał?
Tylko czy koń czuje to samo?
I tutaj potrzebna jest ostrożność.
Człowiek może być całkowicie przekonany, że łączy go z koniem wyjątkowa więź. To uczucie jest prawdziwe — w tym sensie, że człowiek naprawdę go doświadcza.
Nie oznacza to jednak automatycznie, że koń przeżywa tę samą relację dokładnie w taki sposób.
Payne, DeAraugo, Bennett i McGreevy przeanalizowali badania dotyczące więzi człowiek–pies i człowiek–koń. Przyglądali się czterem elementom klasycznej więzi przywiązaniowej: szukaniu bliskości, reakcji na rozłąkę, traktowaniu drugiej istoty jako źródła bezpieczeństwa w stresie oraz jako „bezpiecznej bazy”, przy której można swobodniej poznawać otoczenie.
W przypadku relacji pies–człowiek autorzy znaleźli dowody odpowiadające wszystkim czterem elementom. W odniesieniu do koni dostępne badania znacznie słabiej pasowały do tego modelu.
To nie znaczy:
„Konie nie przywiązują się do ludzi”.
Tego na podstawie tej publikacji powiedzieć nie możemy.
Możemy natomiast powiedzieć coś znacznie ostrożniejszego:
To, że ja czuję bardzo silną więź z moim koniem, nie jest jeszcze dowodem na to, że on przeżywa naszą relację dokładnie tak samo jak ja.
To ważne, bo ludzie naturalnie interpretują zachowania zwierząt przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń.
Bornemann świadomie pozwoliła badanym mówić o koniach ludzkim, emocjonalnym językiem, ponieważ badała to, jak właściciele przeżywają swoją relację, a nie to, co faktycznie dzieje się w umyśle konia. Jednocześnie zwraca uwagę na ciekawy paradoks: antropomorfizacja może pomagać nam wczuwać się w sytuację zwierzęcia, ale błędne interpretowanie jego zachowania może również prowadzić do decyzji niekorzystnych dla dobrostanu.
Możemy więc kochać. Możemy czuć więź. Możemy cieszyć się, kiedy koń do nas przychodzi.
Warto tylko pamiętać, że nasze przeżycie tej relacji i doświadczenie konia nie muszą być tym samym.
Mój koń mówi również coś o mnie
Koń może stać się częścią tego, jak postrzegamy samych siebie.
W badaniu Bornemann właściciele bardzo źle znosili myśl, że ktoś mógłby uważać ich za złych opiekunów. Z drugiej strony pochwała wyglądu czy kondycji konia mogła być odbierana jak potwierdzenie:
„Dobrze wykonuję swoją pracę.”
Jeżeli bycie właścicielem konia stało się częścią tego, kim jestem, informacja dotycząca mojego konia może przestać być tylko informacją o nim.
Może stać się informacją o mnie.
„Twój koń wygląda świetnie” może znaczyć: jestem dobrą opiekunką.
„Twój koń sobie z tym nie radzi” może zostać usłyszane jako: jestem złym jeźdźcem.
„Twój koń ma niewłaściwe warunki” może zabrzmieć jak: jestem złym człowiekiem.
Bornemann pokazuje, że ocena ze strony innych ludzi może uderzać w poczucie kompetencji właściciela i w jego obraz samego siebie.
Być może właśnie dlatego dyskusje o koniach potrafią być tak emocjonalne.
Czasami nie bronimy już tylko sposobu żywienia, treningu czy utrzymania konia.
Bronimy obrazu samych siebie.
Czyj to właściwie sukces?
W jeździectwie dzieci do tej układanki dochodzi jeszcze jedna osoba: rodzic.
Rodzic wozi na treningi. Płaci za lekcje, zawody, sprzęt, a czasem za konia. Martwi się, organizuje życie rodzinne wokół stajni i startów. Kibicuje.
Nic dziwnego, że sukces dziecka może być dla niego ogromnym źródłem radości i dumy.
I nie ma w tym nic złego.
Psychologia sportu opisuje jednak zjawisko określane jako achievement by proxy — przeżywanie osiągnięcia poprzez sukces drugiej osoby. Tofler, Knapp i Lardon opisują kontinuum od zdrowej, wspierającej dumy rodzica aż po sytuacje, w których cele i potrzeby dorosłego zaczynają przesłaniać potrzeby dziecka. Ich publikacja dotyczy sportu młodzieżowego ogólnie, nie jeździectwa, więc nie możemy na jej podstawie twierdzić, że taki mechanizm jest częsty wśród rodziców młodych jeźdźców. Pokazuje jednak, że sam mechanizm jest znany w psychologii sportu.
W jeździectwie sytuacja jest szczególnie ciekawa, bo rodzic może być bardzo mocno zaangażowany w aktywność dziecka. Badanie Rosén i współautorów dotyczące zajęć jeździeckich małych dzieci w Szwecji i Norwegii pokazało, że podczas takich zajęć dziecko i rodzic w dużej mierze działają jak zespół. Nie jest to dowód na przenoszenie ambicji rodzica na dziecko. Pokazuje natomiast, jak mocno rodzic może być włączony w samo uczestnictwo dziecka w jeździectwie.
A w naszym sporcie jest przecież jeszcze trzeci uczestnik tej historii.
Koń.
Dlatego warto czasami zadać kilka prostych pytań.
Czy dziecko nadal chce startować?
Czy to wciąż jest jego cel?
Czy nadal czerpie z tego radość?
Czy koń jest fizycznie i psychicznie przygotowany do wymagań, które przed nim stawiamy?
Czy wynik staje się coraz ważniejszy dlatego, że potrzebuje go młody jeździec — czy może bardziej ktoś stojący przy bandzie?
Nie każdy ambitny rodzic realizuje przez dziecko własne marzenia. Ambicja sama w sobie także nie jest problemem.
Warto po prostu czasami sprawdzić, czy nadal pomagamy dziecku realizować jego cele, czy niepostrzeżenie zaczęliśmy realizować za jego pomocą własne.
Czy pomagam dziecku realizować jego marzenie,
czy ono zaczyna realizować moje?
Czy koń jest lustrem?
W świecie jeździeckim często słyszymy, że koń jest lustrem człowieka.
To piękna metafora, ale nie trzeba przypisywać jej żadnego magicznego znaczenia.
W badaniu Bornemann właściciele opowiadali, że życie z końmi zmuszało ich do zauważania własnych emocji.
Jedna z badanych mówiła, że jeśli była zmęczona i rozdrażniona, potrafiła zrezygnować z jazdy, ponieważ wiedziała, że mogłaby niesprawiedliwie reagować na zachowanie konia. Inni mówili o konieczności zachowania spokoju i nauczenia się regulowania własnych reakcji. Autorka interpretuje te doświadczenia jako rozwijanie samoświadomości i regulacji emocji.
Być może więc koń rzeczywiście może nas czegoś o nas samych nauczyć.
Nie dlatego, że zagląda do naszej duszy.
Po prostu przy zwierzęciu reagującym na nasze zachowanie trudniej nie zauważyć własnego napięcia, pośpiechu, złości czy frustracji.
Teraz będzie trochę niewygodnie
Jeżeli koń pomaga mi czuć się kompetentną, potrzebną, bliską komuś albo wyjątkową, nie ma w tym nic złego.
Warto jednak zauważyć pewne ryzyko.
Co się stanie, jeśli bardzo potrzebuję, aby koń potwierdzał określony obraz mnie samej?
Jeżeli potrzebuję czuć, że mamy wyjątkową więź, mogę bardzo chcieć, żeby zawsze do mnie przychodził.
Jeżeli potrzebuję czuć się dobrym jeźdźcem, mogę potrzebować, żeby wykonywał trudne elementy.
Jeżeli potrzebuję sukcesu, jego wynik może zacząć mówić mi coś o mojej własnej wartości.
Jeżeli potrzebuję czuć się dobrą opiekunką, mogę mieć trudność z przyjęciem informacji, że któryś element jego życia wymaga zmiany.
Jeżeli potrzebuję być komuś potrzebna, mogę czasami robić dla konia więcej tego, co uspokaja mnie, zamiast tego, czego rzeczywiście potrzebuje on.
To nie są bezpośrednie wnioski badania Bornemann, lecz pytania, które można postawić na podstawie jej wyników. Badanie pokazuje jednak bardzo wyraźnie, że zachowanie konia, poczucie kompetencji człowieka, jego obraz siebie oraz odczuwana więź mogą być ze sobą mocno splecione.
Dlatego warto od czasu do czasu zadać sobie trudne pytanie:
Czy kocham mojego konia takim, jaki jest — czy czasami również za to, kim mogę się przy nim poczuć?
Czy kocham mojego konia takim, jaki jest
— czy czasami również za to, kim mogę się przy nim poczuć?
A może najważniejsze pytanie brzmi inaczej?
Możemy szukać w koniu bardzo różnych rzeczy.
Bliskości. Spokoju. Poczucia, że jesteśmy komuś potrzebni. Możemy dzięki niemu budować pewność siebie, realizować ambicje sportowe, rozwijać się, odpoczywać od ludzi albo po prostu doświadczać ogromnej przyjemności z relacji z drugim żywym stworzeniem.
I to wszystko jest w porządku.
Nie musimy czuć się winni dlatego, że relacja z koniem daje nam coś ważnego. Przecież właśnie dlatego decydujemy się poświęcać jej tak ogromną część naszego czasu, pieniędzy i życia.
Nie ma nic złego w tym, że koń pełni jakąś rolę w naszym życiu.
Ważne, żeby życie z nami było dobre również dla niego.
Jest tylko jeden podstawowy warunek.
Koń musi mieć prawo pozostać koniem.
Niezależnie od tego, jaką rolę pełni w naszym życiu, jego podstawowe potrzeby nie mogą stać się mniej ważne od naszych.
Potrzebuje kontaktu z innymi końmi, odpowiedniej ilości ruchu, właściwego żywienia, możliwości realizowania naturalnych zachowań, opieki nad zdrowiem oraz pracy dostosowanej do jego możliwości fizycznych i psychicznych.
Dotyczy to również nas, jeźdźców.
Jeżeli oczekujemy od konia, że będzie silny, sprawny, zrównoważony i przygotowany do wysiłku, trudno całkowicie zwolnić z podobnej odpowiedzialności człowieka siedzącego na jego grzbiecie.
Nasza równowaga, siła, mobilność i koordynacja wpływają przecież na ciało, które ma nas nieść. Dbanie o własną sprawność nie jest więc wyłącznie sposobem na lepszą jazdę. Jest również częścią odpowiedzialności za konia.
Niech więc koń daje nam radość.
Niech pomaga nam czuć się silniejszymi.
Niech daje poczucie bliskości, sukcesu, spokoju czy sensu.
Niech będzie ważną częścią naszego życia.
Byleśmy w tym wszystkim nie zapomnieli, że on również ma swoje potrzeby.
Może więc zamiast pytać wyłącznie: „Czego szukam w swoim koniu?” warto od czasu do czasu zadać sobie jeszcze jedno pytanie:
Skoro mój koń daje mi tak wiele – co ja daję jemu?
Bibliografia
Bornemann, D. (2025). An explanatory model, using self-determination theory, of the motivations for horse ownership. Qualitative Research in Psychology, 22(1), 168–191. DOI: 10.1080/14780887.2024.2329732. Artykuł opublikowano online w 2024 r.
Payne, E., DeAraugo, J., Bennett, P. C., McGreevy, P. D. (2016). Exploring the existence and potential underpinnings of dog–human and horse–human attachment bonds. Behavioural Processes, 125, 114–121. DOI: 10.1016/j.beproc.2015.10.004.
Tofler, I. R., Knapp, P. K., Lardon, M. T. (2005). Achievement by Proxy Distortion in Sports: A Distorted Mentoring of High-Achieving Youth. Historical Perspectives and Clinical Intervention with Children, Adolescents, and their Families. Clinics in Sports Medicine, 24(4), 805–828. DOI: 10.1016/j.csm.2005.06.007.
Rosén, A., Hedenborg, S., Thorell Palmquist, G., Källén, E. (2024). Team performance and gendered parenthood in horse-riding activities for young children. Sport in Society, 27(8), 1314–1331. DOI: 10.1080/17430437.2023.2270454.